czwartek, 15 stycznia 2009

Zupa soldowo-mężowa

W garnku gotowała się woda (po wielu próbach zrozumienia płyty indukcyjnej, co głównie kłótnie indukuje), kroiłam marchew 2 szt., pietruszkę 2 szt., pora i dokładałam paczkę selera naciowego. Posoliłam. Przepieprzyłam. Zmiksowałam wielofunkcyjną maszyną żoliborską. Uprażyłam słonecznik na zakupionej na pierwszych dużych zakupach poślubnych specjalistycznej patelni. Pokruszyłam lazur z najbliższego Samu. Podałam. Na ciuchy z Przyjaciółką nie poszłam.
Upycham tu siebie tu i tam. Rano zwiedzam nowe ścieżki: "w drodze do metra", "spacer do banku". Znalazłam pralnię przy Nowym, co się w carrefour express zamienił, 2 tapicerów, zakład fotograficzny, ze trzy księgarnie, sklepik dla precla, pasta i basta, lokalną, ambiente, market azjatycko-afrykański. Polubiłam Różaną i Narbutta. Mieszkam na Mokotowie, nic nie poradzę tęsknię za starym Ż.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

no dobrze, a... CO NA TO AMBASADA CHIŃSKA?